Tratwa Blues

Marek Twaróg
Michał Giercuszkiewicz – świetny śląski muzyk, znany połowie Polski jako perkusista Dżemu, uciekł w Bieszczady w poszukiwaniu spokoju. – Jakby co, to od sześciu lat jestem na rybach – mówi, bo nawet meldunku na wodzie mieć nie może. Arkadiusz Gola
Michał Giercuszkiewicz – świetny śląski muzyk, znany połowie Polski jako perkusista Dżemu, uciekł w Bieszczady w poszukiwaniu spokoju. – Jakby co, to od sześciu lat jestem na rybach – mówi, bo nawet meldunku na wodzie mieć nie może. Arkadiusz Gola
Giercuszkiewicz uciekł w Bieszczady w poszukiwaniu spokoju. – Jakby co, to od sześciu lat jestem na rybach – mówi, bo nawet meldunku na wodzie mieć nie może.

Giercuszkiewicz uciekł w Bieszczady w poszukiwaniu spokoju. – Jakby co, to od sześciu lat jestem na rybach – mówi, bo nawet meldunku na wodzie mieć nie może. Chcieliśmy przedstawić się i przeprosić, że zakłócamy spokój. Ale jakoś głupio było gadać i psuć tę ciszę, która aż huczała w głowie. Wsiadamy więc do łódki i bez słowa, w kompletnych ciemnościach, płyniemy na oddaloną o 400 metrów tratwę. W rytmiczny plusk wioseł bijących o lustro wody z wolna wkomponowuje się dobiegające z oddali skomlenie Fokkera – wilczura pilnującego tratwy. I już mamy pierwszą tej nocy muzykę. Jest ciemno, ale dalibyśmy głowę, że nasz gospodarz uśmiechał się. Przecież właśnie za takimi wrażeniami Gier popędził sześć lat temu z Katowic w Bieszczady. Gier, czyli Michał Giercuszkiewicz – świetny śląski muzyk, znany połowie Polski jako perkusista Dżemu. Jesteśmy na jego tratwie – Tratwie Blues. Bieszczady, Solina, niedaleko Ustrzyk, koniec świata, gdzie ciszę przerywa tylko The Allman Brothers Band, BB. King lub J.J. Cale. Albo skomlący Fokker.

– Teraz na Krosno, potem Uherce i Łobozew – kieruje Andrzej Urny. Bo to z nim jedziemy do Teleśnicy Oszwarowej. Urny to kolega Giera jeszcze z lat 70., gdy śląski blues koncentrował się wokół klubu Kwadraty w Katowicach-Ligocie. Kilka lat potem spotkali się w Dżemie i w 1981 roku wspólnie z Ryśkiem Riedlem, braćmi Otrębami, Pawłem Bergerem i Apostolisem Antymosem nagrali pierwszy i pewnie najważniejszy singel w historii Dżemu, ale zapewne też jeden z najbardziej przełomowych singli w historii polskiej muzyki rozrywkowej – „Paw/Whisky”. Nad brzegiem Soliny przywitali się jak przyjaciele. Andrzej miał w plecaku śląską kiełbasę suszoną („specjalnie dla Majkela”), krem nawilżający do rąk („Majkel musi dbać o ręce”) i kartę Tak-Taka („Prosił mnie”). Gier miał dla niego miejsce w łódce, którą przepłynęliśmy do tratwy i pół łóżka w rogu maleńkiego domku na wodzie. – Dałbym wszystko, żeby tu być jak najdłużej – mówi Urny. – Czujecie ten spokój?

Majkel włącza muzykę. – Puszczę wam coś naprawdę starego – mówi i w ostatniej chwili wymienia płytę The Allman Brothers Band na Creedence Clearwater Revival. Godzinę później już tylko w blasku świecy i w tle z „Born On The Bayou” płyną wspomnienia. Beż żalu za Dżemem (w przypadku Giera) i bez żalu za Perfectem (w przypadku Andrzeja). Jeśli kiedyś zawieszają głos wpatrując się w płomień świeczki, to wtedy, gdy wspominają konkretnych ludzi, przyjaciół, którzy na tratwę Giera nigdy nie przyjadą. Rysiek Riedel, Jurek Kawalec, Andrzej Nowicki, wielu innych.

– Słuchajcie, wszystko się kiedyś kończy – z naciskiem mówi Majkel i znów idzie do szafki, z której wyciąga kolejną płytę. Teraz czas na J.J. Cale’a. Ukraińska wódka kolorowa smakuje jak nigdy.

Kim jestem
– jestem sobie,
czyli Solina

Od 25 lat jeździł nad Solinę szukać spokoju. Ale czy myślał wtedy, że zostanie tu na stałe? Mieszkała tu jego kuzynka, co jakiś czas pilnował jej domu. I tyle. Michał miał przecież swoich kumpli na Śląsku, z którymi grał i miał kumpli, z którymi ćpał.

Ale nastaje czas, kiedy Gier chce z tym skończyć. Umiera mu przyjaciel – Rysiek Riedel. Potem umiera mu mama. Zabiera się z miasta, licząc że w ten sposób będzie daleko od dragów. Znajduje miejsce na słynnej Wyspie Skalistej na Solinie. Słynnej, bo już wcześniej pomieszkiwały tam bieszczadzkie zakapiory (jak zwą się sami) – ludzie z pokręconymi życiorysami, którzy spokoju szukają w leśnych samotniach. Starą woprówkę przerabia na tyle, że może w niej zamieszkać. Rok później musi jednak opuścić wyspę. Przypomina sobie o kei, którą kiedyś wybudował nad brzegiem, na stałym lądzie – może jakiś kilometr od wyspy. Postanawia ją teraz wykorzystać.

– Popatrzyłem na tę kładkę i pomyślałem, że gdyby dobudować ściany, to dałoby się tu mieszkać – wspomina Michał.

Buduje, bo nie chce słyszeć o powrocie na stałe na Śląsk. Prąd ma z agregatu, a wodę ze źródełka wypływającego ze zbocza kilkanaście metrów nad lustrem wody. Ciepło z pieca opaćkanego gliną, a drewno z lasu. W sumie to góra 20 metrów kwadratowych do życia. Grunt to porządek i dobra organizacja.

– Tu jest mało miejsca, jak na statku, więc pamiętajcie – plecaki tutaj, a kurtki tutaj – mówi nam. Albo potem: – Lejemy gdzie chcecie, a coś więcej to do latryny albo do lasu. I jeszcze później: – Kipy z papierosów nie do wody! Potem pływa to na powierzchni.

Nie ma telewizora, bo wyrzucił go kiedyś podczas transmisji meczu. – Tratwa kołysze się na wodzie, więc antena cały czas się ruszała. Jak tylko była jakaś ważna akcja, telewizor przestawał odbierać. Wywaliłem go – tłumaczy spokojnie i dodaje: – Oczywiście potem go wyciągnąłem, ale w domu go nie chcę.

Dlatego nie wieczorny film czy ostatnie Wiadomości wyznaczają mu rytm życia. Mamy się o tym przekonać już następnego dnia po przyjeździe. Gospodarz obudził nas o trzeciej nad ranem.
– Śpijcie, śpijcie – mówi. – Ja tylko pranie zrobię.
– Pranie w nocy?
– Już jestem wyspany. Przecież wcześnie się położyliśmy.

W nocy na tratwie jest około 15 stopni. Jak na grudzień to ciepło, bo gdy chwyci prawdziwy mróz, śpi się tu przy 8 stopniach. – Wiecie, jak wspaniale słychać trzaskający lód na jeziorze? Kompletna cisza, a nagle ciach, ciach, ciach. I pęknięcie leci kilkaset metrów – mówi Gier ignorując nasze proste pytanie („Jak ty tu, k..., umiesz spać przy 8 stopniach?”).

Skazany na bluesa,
czyli Gier

Fortepian w jego domu stał od zawsze. Ale on zamiast ćwiczyć gamy, zasiadał do instrumentu i naciskał pedały jak w samochodzie, bo to auta, a nie muzyka go wtedy zajmowały.
Ale miał wujka, który wykładał w Wyższej Szkole Muzycznej (tak się wtedy nazywała) w Katowicach. I wujek ten ciągnął go do siebie. Michał zdecydował się jednak na Śląskie Zakłady Techniczno-Naukowe. To była ważna decyzja – tam poznał Kawę, czyli Jurka Kawalca, z którym później niejedno przeżyje na scenie. Próbowali różnych instrumentów, wreszcie zdecydowali – Michał za bębny, Kawa do basu.
– Interesowali nas Stonesi, Led Zeppelin i Hendrix. Tymczasem w szkole przy zakładach musieliśmy grać po prostu ładnie, jak to na akademiach – mówi Gier, sięgając po golden americana.
Nie skończył tej szkoły, ale w muzykę wsiąkł na dobre. Już grał z Leszkiem Winderem i Jerzym Kawalcem, kiedy w końcu zdecydował się na szkołę muzyczną. Profesor Zielińska nauczyła go podejścia do instrumentu. I chociaż kazali mu grać klasycznie, on wolał trzymać pałki jak bluesman. Sporo nauczył go też Janusz Ziomber (Krzak i Skrzekowie). Potem były Apogeum, Kwadrat, Krzak, Wawele („Wawele dla kasy” – mówi Majkel). I w końcu Dżem.

– Na Śląsku dobrze grało się bluesa. Ale nie przesadzałbym z tą śląską szkołą bluesa – Gier popija pięćdziesiątkę i dodaje śmiejąc się: – Raczej chodziło o to, że tu była bida i nikogo nie było stać na trąbkę, tak jak w Krakowie czy Wrocławiu. Tam grało się jazz, u nas blues.

Z Dżemem nagrał numery-legendy. Pierwszego singla „Paw/Whisky”, potem „Małą Aleję Róż”, „Dzień, w którym pękło niebo”, „Czerwonego jak cegła”. Chyba wystarczy?

Gdy w 1986 roku wywalono go z Dżemu, wraz z Leszkiem Winderem nagrał jedyny album Bezdomnych Psów, potem było Cree, okazjonalne składy, dalej Ela Mielczarek i SBB („W Lipsku – to chyba najważniejszy dla mnie koncert, w końcu przez lata byli moimi idolami” – mówi Michał), teraz są koncerty z Józefem Skrzekiem i Śląska Grupą Bluesową, Wspomina też jam session z B. B. Kingiem w czeskim Zlinie. Dobrze, że wspomina, bo decyduje się przy tym na zmianę płyty. Po chwili wnętrze domu na wodzie wypełnia już B. B. King i jego rytmiczny blues „Paying The Cost To Be The Boss”.
Na Śląsku Gier gra bluesa, a u siebie – we wsi Teleśnica Oszwarowa, tej najbliżej jego tratwy – przygrywa do ukraińskich pieśni śpiewanych przez miejscowe talenty.

– Trochę sobie nagrywam różnych rzeczy – zawiesza głos – Na przykład żaby albo mojego Fokkera.
– Fokkera? Wilczura?
– No to posłuchajcie.

Zmiana kasety, teraz Józef Skrzek gra na harmonijce, delikatnie, razem a organami, to chyba nagranie z pogrzebu Kawy – przyjaciela. Gier każe nam się zamknąć, a Fokker wyłazi ze swojego legowiska. I zaczyna wyć, zachowując piękną frazę Skrzeka. Zdarza się, że naprawdę stroi. Cud jakiś czy co?

Niewinni i ja,
czyli Rysiek

Trzymali się razem. Dziś najwięcej mówi się o ich wspólnym ćpaniu. Gier nie zaprzecza, choć uprzedza pytanie, które pewnie słyszał milion razy. – To nie było tak, że go wciągnąłem w dragi. I tyle – mówi. Długo patrzy w wielkie okno swojej barki. Za chwilę znika poważny nastrój. – To okno z widokiem na wodę i góry wciąga jak telewizor, nie? Masz płaski ekran, plazmę prawie – zauważa lekko Urny.

Wspólne fascynacje, przeżycia, przyjaźń – tego nie da się dzisiaj tak łatwo opisać, dlatego to cholerne ćpanie pojawia się zawsze, gdy mowa o Riedlu i Giercuszkiewiczu. Bo Rysiek był dla Giera przyjacielem. Wszyscy wiedzą, że gdy tego drugiego wywalili z zespołu, ten pierwszy cały czas nalegał, by pozwolono mu wrócić. Wszyscy wiedzą, że w trasie zawsze spali razem w pokoju.
– Zabrakło mi kilku miesięcy, by Ryśka przywieźć w Bieszczady – ocenia dziś Michał. – Wtedy udałoby mu się skończyć z narkotykami. Ale tak nagle umarł.

Pamięta, jak pierwszy raz go usłyszał. – W Jarocinie. Leszek Winder mówił mi „Idź i posłuchaj, fajnie synek śpiewa”. Chyba „Whisky” wtedy grali.

Michał ma wiele wspomnień związanych z Riedlem: – Był rok 1985, kiedy pojechaliśmy na koncerty do Szwajcarii. Razem ćpaliśmy, ale wiedzieliśmy, że na lotnisku nie możemy mieć żadnego sprzętu, bo są kontrole. Oczywiście wyciągnięto nas na rewizje z grona pasażerów bezbłędnie. Ale ja miałem butelkę towaru, tyle że w nadanej wcześniej walizce. Już w Szwajcarii zorientowaliśmy się z Ryśkiem, że co prawda towar mamy pod ręką, ale nie mamy strzykawki. To był dramat, przecież mieliśmy wrócić do kraju dopiero za dziesięć dni. Idę do apteki i ze słowniczkiem w ręku mówię coś na kształt „szprice bite”. Zaraz ktoś zadzwonił po policję. – Po co ci strzykawka? – pytają. – Żeby naoliwić stopę w bębnach – udaje mi się nakłamać. Za chwilę policja bierze mnie gdzieś do warsztatu i daje 20 oliwiarek. Ręce mi opadły. A pod koniec pobytu, gdy Rysiek z tych swoich cholernych reklamówek wyciągał spodnie do przebrania, to z kieszeni wypadła mu strzykawka.

Gdy mówi o Dżemie, to w zasadzie mówi o Ryśku. Kolejne pytanie o ten zespół zawsze kwituje słowami: – Zmieniło się, Ryśka już nie ma.

Dziś Gier jest czysty. Znaczy nie bierze. Martwi się jednak, że tacy muzycy jak on dają zły przykład młodym. – Sam pamiętam tę ciekawość: jak to jest po narkotykach, skoro na przykład Hendrix pisze takie numery?

Czarny kapelusz,
czyli przyjaciele

Nie żyje Rysiek, nie żyje Kawa, kobiety od niego odeszły. Ale na Śląsku ma z kim grać i pogadać. Przez lata siedział przecież w niezwykłym środowisku. Tratwa Blues, choć na odludziu, też niekiedy gości jego kolegów. Kilkunastu przyjaciół do dzisiaj wspomina pewnego sylwestra urządzonego nad zmarznięta Soliną.

– Prawda jest taka, że do Dżemu przyszedłem właśnie za namową przyjaciół – mówi Gier. – Znałem Ryśka, po prostu lubiliśmy się, ale znałem też Adasia Otrębę.

Czerwony jak cegła, czyli kobiety

Po emigracji na swoją tratwę, nie zerwał wszystkich kontaktów, przecież cały czas koncertuje. Lubi, gdy odwiedzają go kumple, choć przyznaje – dobrze, że nie robią tego za często. Na miejscu nie ma przyjaciół – to raczej tylko znajomi ze wsi. Częściej wspomina jedynie o niejakim Siczce – to mieszkający w nieodległych Ustrzykach lider legendarnej dla wielu kapeli KSU.

Andrzej Urny na tratwie jest chyba na specjalnych zasadach – takie odnosi się wrażenie. Są z Gierem jak starzy kumple. Zresztą cała Teleśnica Oszwarowa zna Andrzeja. Jego czarny kapelusz już nie budzi sensacji. Stefa w sklepie sprzedaje mu bez kaucji, Stasia z gospodarstwa agroturystycznego serdecznie go wita.

Gier o Urnym: – Przychodził do Kwadratów, gdy jeszcze nie miał pojęcia o gitarze. Potem spotkaliśmy się w Apogeum, następnie w Dżemie. Jest dobry.

Urny o Majkelu: – Majkel ma charakter. Dlatego wyszedł z ćpania.
Basię poznał w Jarocinie w 1985 roku. – Młodziutka była, nie miała gdzie spać, zgadaliśmy się, że jest z Siemianowic. Z Jarocina wracaliśmy już razem.
Ale teraz Basia jest w Australii, gdzie wyszła za bogacza. Odwiedziła już Michała na tratwie i – co tu dużo kryć – wciąż mają dobry kontakt. Ewę z kolei poznał podczas koncertu Deep Purple w Katowicach.

– Tak naprawdę to Kawa wyrwał ją wtedy z publiczności. Ale została ze mną – Gier przypomina sobie tamto zdarzenie, przegryzając kabanosa, którego mu przywiózł Urny.
I mówi dalej: – Ewa miała stoisko w hotelu Warszawa w Katowicach, gdzie sprzedawała kamienie półszlachetne. W tym samym hotelu mieszkały wszystkie zespoły, które przyjeżdżały grać do Spodka. Znała angielski, potrafiła nawiązać z nimi kontakt.

To dlatego Michał w swoim domku na wodzie ma zdjęcie z Ozzym Osbourne’em i Robertem Plantem.
– Z Ozzym już piłem jabola na tyłach Spodka. Ale przyleciała jego żona, menedżerka i strasznie nas opieprzyła – mówi.

Zabrał Ewę w Bieszczady – na Wyspę Skalistą. Nie zapomni pierwszej tam wspólnej Wigilii. Jednak wkrótce wszystko miało się skończyć.

– Nie wytrzymała takiego życia – mówi Michał i zaraz dodaje z autentycznym przekonaniem: – I dobrze. Miała rację, że wyjechała. Ale dalej się lubimy.
Michał stracił najbliższe swemu sercu kobiety. Gdy Andrzej Urny po którymś toaście mówi nam wszystkim, że życie Majkela jest wspaniałe i też pragnie takiego spokoju, Gier zauważa: – No wiesz, ale masz rodzinę. To jest naprawdę ważne.

* W śródtytułach wykorzystaliśmy tytuły piosenek, które Michał Giercuszkiewicz nagrał z Dżemem

Taka jest prawda o "Rolnik szuka żony"!

Wideo

Materiał oryginalny: Tratwa Blues - Wisła Nasze Miasto

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3