Nasza Loteria NaM - pasek na kartach artykułów

Chcieli skazać Katowice na śmierć techniczną - o projektowaniu i nie tylko opowiada Henryk Buszko

Justyna Przybytek
Henryk Buszko
Henryk Buszko Justyna Przybytek
Jak Katowice uniknęły śmierci technicznej, a Polska strefy... bezsraczowej, dlaczego na Tysiącleciu tak wieje oraz o katastrofie budowlanej, do jakiej mogło dojść na Gwiazdach, opowiada Henryk Buszko, architekt, współtwórca m.in. Tysiąclecia i Gwiazd oraz Dzielnicy Leczniczej Ustroń-Zawodzie

Osiedle Tysiąclecia ma tyluż fanów, co i przeciwników. Tych pierwszych chyba jest więcej, choć i mieszkańcy mieli podobno do architektów pretensje…
Mieli do nas (projektanci Tysiąclecia to Buszko i Aleksander Fanta - przyp. red.) dwukrotnie pretensje. Pierwsze, że na Tysiącleciu tak wieje. Drugie: po cholerę tam jest ta woda. Dlaczego wieje? Myśmy dostali do projektu ekspertyzę klimatyczną, z której wynikało, że zastoiny, inwersja w dolinie Rawy, jest groźna dla oddychających tym powietrzem ludzi, że ratunkiem jest nie robienie na samym dole mieszkań, a po drugie: zrobienie przewiewu. Jak zrobić przewiew bez siły mechanicznej? Wykorzystując przyrodę. Jeśli zrobię budynki na wschód i zachód, to ściana wschodnia jest ciepła, zachodnia zimna, jest naturalna konwersja i wieje. Dlatego na Tysiącleciu nie było czuć azotów, które w całym Chorzowie dokuczały ludziom.

A staw… Ktoś niemądry wymyślił, że jakby je zasypać, to byłoby piękne miejsce na ogródki działkowe. Rzeczywiście, byłaby powierzchnia, ale ogródki i woda to co innego klimatycznie. Opinia z instytutu gospodarki wodnej była wtedy taka, że powierzchnia wodna zalewów daje wzmożoną wymianę termiczną.

Osiedle miało wyglądać inaczej niż dziś. A za to, jak wygląda, panowie mieli stracić prawo do wykonywania zawodu. Zgadza się?
Jakiś marnej klasy urzędnik w Warszawie w ministerstwie budownictwa wymyślił wtedy, że najlepszą rozpiętością konstrukcyjną jest 6 metrów. My projektując mieszkania wypróbowaliśmy, że na sześciu metrach nie da się zrobić obok siebie pokoju i kuchni, żeby tam jako tako można było żyć. Wyliczyliśmy, że jeśli będzie 6,3 metra, to będzie pokój, do którego będzie można wstawić tapczan czy stolik do nauki dla dziecka, a kuchnia będzie miała własny ciąg wentylacyjny. I tak to zrobiliśmy. Wtedy wojewoda katowicki Jerzy Ziętek dostał pismo, żeby nas ukarać. Wezwał nas. Powiedzieliśmy mu to, co teraz mówię. On popatrzył, podarł pismo, wrzucił do kosza i powiedział: róbcie dalej.

Wracając do wyglądu osiedla: zamiast wieżowców miały na nim stanąć bloki wysokie na maksymalnie pięć kondygnacji…
Na osiedlu postanowiliśmy uzyskać to, co uznaliśmy za graniczne wartości: żeby każde mieszkanie miało słońce. Po drugie, żeby każde miało otwarte pole na przestrzał, żeby nie robić okna w okno bliżej niż 50 cm. Po trzecie, żeby do każdego domu był przypisany określony teren na chwilową rekreację, trochę zieleni i miejsce do zabaw dla dzieci.

Gdyby przestrzegać warunków konkursowych, to by było niemożliwe, bo stwierdzono w nich, że tam mają powstać bloki pasmowe do pięciu kondygnacji, to by oznaczało, że jest blok przy bloku, bez słońca i bez przestrzeni. Mówiono nam, że wysokie budynki są droższe od tych pięciokondygnacyjnych. My wykazaliśmy, że nasze budynki 14-kondygnacyjne są tańsze, bo zajmują mniej powierzchni i tracą mniej energii na zewnątrz. Okazało się też, że zaprojektowane przez nas obiekty są tańsze w wykonaniu.

Podobno przy stawianiu jednego z wieżowców było o włos od katastrofy budowlanej.
Zaczynaliśmy budować jeden z punktowców. Oczywiście badania geodezyjne były bardzo precyzyjne (Tysiąclecie stawiano na dawnym wyrobisku) i okazało się, że w miejscu, w którym ma stać budynek, jest zróżnicowane podłoże gruntowe, cześć to skała, część gliny. Musieliśmy pogłębić wykop, aby uzyskać podkładkę warstwy piasku, aby było jednorodne ciśnienie. Zaczęliśmy budowę.

Trzeciej nocy przyszła ulewa, rano dostałem telefon z budowy, że piasku, który tam wysypaliśmy, nie ma. Okazało się, że piasek został wypłukany. Dokąd? W tej skale w wyniku ruchu tektonicznego powstała kawerna o objętości ok. 2 tys. m sześc. To znaczy, że pod planowanym wieżowcem była dziura. I to było moje szczęście, że przyszła ulewa i wiedzieliśmy, że jest ta dziura i trzeba ją było zakitować. Budynek stanął i stoi ponad 20 lat.

Szczęście sprzyjało też panom na Gwiazdach.
Powiem najpierw, jak do Gwiazd doszło. Obowiązkowe było nasłonecznienie wszystkich mieszkań i przewietrzanie na przestrzał. Więc zastanawialiśmy się (Buszko i Franta zaprojektowali razem także os. Gwiazdy - przyp. red.), jak to zrobić, aby w budynku na planie kwadratu była możliwość przewietrzania wszystkich mieszkań. Wpadliśmy na pomysł, że trzeba zwiększyć liczbę naroży, zamiast kwadratowego budynku zrobiliśmy dwie plamy kwadratu, i jeden z nich przesunęliśmy o 45 stopni i mamy osiem narożników. Tak powstały Gwiazdy.

Zbudowaliśmy już ich pięć, kiedy dostałem piekielny telefon od portiera, że grozi katastrofa. Te budynki ze względu na wartości termiczne były zaprojektowane w betonie lekkim, który miał wartości izolacyjne podwyższone w stosunku do normalnego betonu dwuipółkrotnie. Wszystko, co trzeba było zrobić, to przestrzegać receptury betonu.

Z tym było różnie. I właśnie pewnego dnia młody człowiek w mieszkaniu w gwieździe przygotowywał się do matury. To był maj, sobota, rodzice gdzieś wyjechali. Chłopak usłyszał dziwny trzask, huk, poczuł zapach gazu. Zadzwonił do portiera, portier na straż pożarną i do mnie. Okazało się, że w skutek złej mieszkanki betonu inny był procent skurczu niż przewidziany w projekcie, budynek się skurczył i zabetonowana rura nie wytrzymała i pękła. Gdyby chłopak nie został w domu, to ten budynek, tylu ludzi, szlag by trafił.

Wracając do Tysiąclecia - decyzja o jego budowie była zarzuceniem planu deglomeracji Katowic.
Po wojnie panowało przekonanie, że lepszy efekt trudniej uzyskać poprawiając, niż tworząc od nowa. Zdecydowano, że na Śląsku łatwiej będzie budować nowe miejsca do mieszkania, nowe miasta, niż korygować to, co było. Wymyśloną więc tzw. deglomerację. Termin ten oznacza tworzenie nowych siedlisk, a pozostawienie tego, co było, do tzw. śmierci technicznej. I tak się miało stać z Katowicami. Wyobraźcie sobie, co czuje trzech młodych architektów (zaraz po wojnie Buszko, Franta i Jerzy Gottfried - absolwenci architektury w Krakowie przyjechali na Śląsk i założyli zespół architektów - przyp. red.), którzy mają się zgodzić, aby wszystkie te familoki zostawić "niech sobie dokończą żywota" i budować nowe. Osiągnęliśmy wielki sukces, bo zwróciliśmy uwagę, że pozostawienie tego wszystkiego do śmierci technicznej jest niedopuszczalne.

Starsi architekci byli za deglomeracją. Nie obwiniam ich, bo po prostu w okresie między wojnami nie dysponowaliśmy możliwościami totalnej dyspozycji środkami finansowymi państwa. Stało się to możliwe dopiero gdy upaństwowiono wszystko, wtedy przestała istnieć własność prywatna. Wydarzeniem, które potwierdziło, że my mieliśmy rację, był wybór terenu do realizacji nowej dzielnicy Katowic - Tysiąclecia. To była odpowiedź na deglomerację, pierwsza decyzja, która odwoływała zamrażanie starych miast. Śląsk miał wtedy szczęście, bo wojewodą był Ziętek. I myśmy się właśnie w sprawie deglomeracji zaprzyjaźnili, on też sobie tego nie wyobrażał.

Do Ziętka zwrócił się pan także, gdy architekci zaprotestowali przeciw utworzeniu w Polsce... "strefy bezsraczowej".
To było, kiedy byłem przewodniczącym Stowarzyszenia Architektów Polskich w Warszawie. Był taki wicepremier Tokarski, człowiek z wykształcenia od transportu taczki z betonem. Wymyślił, że wydajemy zbędne pieniądze na toalety, bo po co robić pięć toalet dla pięciu rodzin, skoro wystarczy jedna na piętro dla pięciu mieszkań. Tak powstała w Polsce koncepcja, muszę się brzydko odezwać, strefy bezsraczowej. Oczywiście usiłowaliśmy tłumaczyć, że to nonsens, że koszt instalacji sanitarnej w stosunku do wartości użytkowej mieszkania jest śmieszny i nieistotny. Zorganizowałem zebranie architektów. Doszedłem do wniosku, że musimy się sprzeciwić.

Na kilkudziesięciu ludzi sali głos zabrało czterech, Leszek Dąbrowski, Kazimierz Wejchert (twórca projektu Tychów - przyp. red.), Jerzy Hryniewiecki (szef zespołu projektującego Spodek - przyp. red.) i ja. Hryniewiecki powiedział, że nie rozumie tej idei, bo w wannie można się od biedy przespać, a w łóżku za cholerę się nie wykąpiesz. Wejchert, że ludzie nam tego nie darują. Ja, że to haniebna decyzja.

Na drugi dzień dostałem telefon z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, że radio Wolna Europa nadało nasze wypowiedzi i że co to ma znaczyć. Ja nie nadawałem, nie wiedziałem też, kto mógł to zrobić. Co zrobiłem? Zapytałem mojego patrona ze Śląska - Ziętka, co robić. On mi na to: mieć to gdzieś. I tak się sprawa skończyła (śmiech)

Henryk Buszko dał wykład na temat architektury podczas spotkania zorganizowanego przez katowicki oddział Towarzystwa Urbanistów Polskich

od 7 lat
Wideo

Jak głosujemy w II turze wyborów samorządowych

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera
Wróć na katowice.naszemiasto.pl Nasze Miasto