| |
|
"Pizza Hut": Zajrzeć sąsiadowi w talerz
Ukłony w pas, stale przyklejony do twarzy uśmiech, grzeczne dzień dobry, proszę, dziękuję, do widzenia i zapraszamy ponownie. Od czasu, kiedy w Polsce pojawiły się restauracje sieciowe, przyzwyczailiśmy się, że ich obsługa zrobi dla nas prawie wszystko. Podobnie jest w Pizzy Hut. Plusem katowickiej restauracji tej sieci jest jednak to, że przy tym wszystkim personel nie jest nachalny i nie przeszkadza w jedzeniu.
|
|
"Cogitatur": Reaktywacja
Cogitatur, po ponownym otwarciu się na ludzi w zeszłym roku, chce być bardziej klubem muzycznym niż teatrem. Jednak miejsce wciąż jest dla ambitnych i dlatego reklamuje się hasłem "esencja kultury w mieście". Ja tam nie powiem "nie", ale lojalnie uprzedzam, że owszem klub jest w mieście, ale też i w dzielnicy znanej i zwanej Zalęże.
|
|
"Zakonnicy": Jak w saunie
Przyznamy się szczerze, że zaintrygowała nas trochę nazwa restauracji na pl. Wolności. No bo czego można się spodziewać po lokalu, który nazywa się "Zakonnicy"? Herbaty ziołowej, miodu, warzyw i ascetycznego wystroju? Jak się okazuje, nazwa to tylko zasłona dymna.
|
|
"Tipaza": Turecki kebab, a sprawa polska
Tym razem zaczniemy od lekcji geografii. Nazwa Tipaza zabrzmi dla wielu z was na tyle egzotycznie, że skojarzy się absolutnie z niczym. Jeśli ktoś nie wagarował, a pamięć ma dobrą, może przypomni sobie, że Tipaza to miejscowość w Algierii, której główną atrakcją są ruiny starożytnego miasta wpisane na listę UNESCO.
|
|
"Da Grasso": Pizza – najsłabsze ogniwo
Powiemy wprost - pizza nie jest dla nas szczytem kulinarnej maestrii i wyrafinowania. Ciasto, trochę sera i garść dodatków - wydaje się nam, że nawet początkujący kuchcik zrobiłby z tego coś zjadliwego. Niestety, tak nam się tylko wydaje. A jeśli najsłabszym punktem pizzerii jest pizza? To tak, jakby w zespole Virgin zamiast Dody umieścić na przykład Edytę Górniak.
|
|
"Camelot": Miecz nad głową
Nie wiemy, czy Król Artur lubił sobie posiedzieć przy kominku. Czy jego żona Ginewra potrafiła gotować, a doradca króla Merlin naprawdę potrafił śpiewać. Wiemy za to, że wszyscy mieszkali w zamku o nazwie Camelot. Przynajmniej tak głosi legenda.
|
|
"Pod Pretekstem": Tylko nie pizza
"Gdyby nie barmanki, byłoby super". Takie zdanie usłyszeliśmy w ostatni piątek od jednego z gości pubu przy ul. Plebiscytowej. Zanim wyjaśnimy, dlaczego ów jegomość miał zastrzeżenia do pracy obsługi, ostrzegamy: nie przynoście tu własnego jedzenia, a już na pewno nie może to być pizza.
|
|
"Conieco": Jak w polskim filmie
W Conieco jest jak w polskim filmie. Nic się nie dzieje. Siadasz w ogródku, wkładasz do ust kurczaka, popijasz pepsi... Patrzysz w lewo, patrzysz w prawo... Tam autobus, tu tramwaj i ludzie łażą w kółko nie wiadomo po co. Nic się nie dzieje. Zjadasz, wstajesz, wychodzisz. Jak w polskim filmie...
|
|
"Gastromatic": Hamburgery pod osłoną nocy
Jest 3. w nocy i nagle łapie cię głód. Co robisz? Możesz spróbować przetrwać do rana. Możesz powiedzieć sobie: „Głodny? Na co czekasz?” i poszukać sklepu monopolowego, w którym znajdziesz popularnego batona. Możesz też popędzić do budki przy Piotra Skargi. Miejsce to znają wszyscy, którym często zdarza się wracać późno z imprezy.
|
|
"Bar Uniwersalny": Małe jest ciasne
Małe jest piękne – ciekawe czym kierował się ten, kto wymyślił to powiedzenie. Może miał małą żonę (lub męża), może samochód, a może mieszkanie. Tak czy owak podejrzewamy, że autor tej sentencji po prostu zrekompensował sobie jakiś swój kompleks. O tym, jak bardzo nie miał racji, przekonaliśmy się po raz kolejny, kiedy poszliśmy do baru zwanego Uniwersalnym.
|
|
"Patio": Gdzie ta Hiszpania?
Patio – wewnętrzny dziedziniec, najczęściej wyłożony płytkami, w domu mieszkalnym w Hiszpanii. Patio często było otoczone krużgankami, ozdobione roślinami i innymi formami małej architektury (posągi, fontanny itp.). Z niego prowadzą wejścia do poszczególnych pomieszczeń.
|
|
"Neptun": Włosi, pomóżcie!
Drodzy Włosi. Nie wiemy, czy przeczytacie ten tekst i czy odpowiecie na nasz apel, jednak publikujemy go bez względu na to. Prosimy, by w ramach możliwości prawnych i zdroworozsądkowych opatentować nazwę jednego z waszych narodowych dań. Ojczyzno Moniki Belucci i Materazziego! Stań do walki, by pizza była pizzą. Pizzą, a nie pizzopodobnym wypiekiem, jaki serwują w tawerno-pizzerii Neptun.
|
|
"Joker": Czy leci z nami kucharz?
Jak to wszystko zależy od punktu widzenia albo siedzenia. Zwykle, kiedy podczas gry w karty do naszej talii dostaniemy jokera jest to jak najbardziej szczęśliwy traf. Kiedy jednak zdarzy nam się przypadkiem zabłądzić w jednej z bram przy ul. Stawowej i trafić do pubu Joker, możemy sobie śmiało powiedzieć: mieliśmy pecha. Dwa jokery, a jakże inne odczucia.
|
|
"A Dong": Niech żyje Orient
Ostatnio narzekaliśmy sobie, że w Katowicach brakuje knajp (nie barów!) z dobrym, polskim jedzeniem. W związku z tym narzekaniem, może trochę na przekór trafiliśmy do... restauracji orientalnej. A w niej żadnych pierogów ruskich, kotletów schabowych i mielonych. Może być ciężko – pomyśleliśmy. W A Dongu szybko zapomnieliśmy jednak o powyższych potrawach. A wychodząc nie żałowaliśmy, że tam trafiliśmy.
|
|
"Kurczak z rożna": Fantazja to nie wszystko
Ptactwo domowe, czyli drób, czyli idąc dalej – po prostu kurczaka, można przyrządzić na wiele sposobów. Z racji wykonywanej pracy jemy raczej w locie, dlatego najczęściej sięgamy po kurczaka z rożna. Wiadomo, bierzemy udko w rękę, ogryzamy, zagryzamy bułką, popijamy colą i już mamy namiastkę ciepłego posiłku. W Katowicach pieczonego kurczaka można kupić w bardzo wielu punktach. W samym centrum jest ich zapewne kilkanaście albo nawet więcej. Ostatnio zajrzeliśmy do baru przy placu Szewczyka.
|
|
"Naleśnikarnia": Porcja dla księżniczki
Naleśnik to nie znaczy zawsze to samo – zaśpiewamy trawestując słowa jednej z gorszych piosenek, jakie słyszeliśmy, autorstwa niejakiego Demona (czy De Mono...). Idąc dalej powiemy, że obiad to też nie znaczy zawsze to samo. W Naleśnikarni mieszczącej się przy ulicy Wojewódzkiej przekonamy się o prawdziwości obu powyższych zdań.
|
|
"Pub 13": Elwer przy piwie
Podej Miro, podej. Tukej mu grej. Nie fanzol, ino zasuwej na tym placu. No, terozki byidzie elwer. Gol!!!. W wersji ogólnopolskiej to samo zdanie brzmi: Podaj Mirek, podaj. Tutaj mu zagraj. Nie gadaj głupot, tylko bierz się do roboty na tym boisku. No, teraz będzie rzut karny. Gol!!!.
|
|
"Taipei": Restauracyjka w supermarkeciku
Z jakąś taką dozą niepewności udaliśmy się na posiłek do restauracji (mocne słowo) Taipei w pięknym i błyszczącym centrum handlowym Silesia City Center. A więc tak, jak mówimy – dookoła wszystko błyszczało się i świeciło. My wpatrzeni w te światła (po angielsku „Big City Lights”) jakoś tak się zamyśliliśmy, gdy wnet z zadumy wyrwała nas pani zza baru.
|
|
"Pod 4": Parlez-vous Francais?
Do you speak English? Parlez-vous Francais? Jeśli na któreś z tych pytań odpowiedziałeś twierdząco, to śmiało możesz popędzić na ul. Kochanowskiego do Baru pod 4. Na wiszącym tam przy ladzie menu znajduje się bowiem informacja, że spis potraw w języku angielskim oraz francuskim znajduje się za barem. Od razu uspokajamy, oczywiście po polsku też jest. Zresztą nie jesteśmy przekonani, czy obcokrajowcy tłumnie odwiedzają to miejsce.
|
|
"Plackarnia Babuni": Chomąto na ścianie
Po pierwsze, wchodziliśmy do tej restauracji trochę uprzedzeni. Bo jak słyszymy, że coś jest „babuni”, czyli w domyśle – swojskie, lepsze, smaczniejsze, to od razu wzbudza to naszą nieufność. Przecież nie każda babcia umie/umiała gotować. A już majonez babuni, smalec babuni i różne inne produkty opatrzone taką nazwą nigdy nie znajdą się w naszych lodówkach.
|
|
"Belka": Czy za tym stoi układ?
Wielka musi być odwaga właścicieli tego pubu, skoro pod czujnym okiem nowej, rozumnej władzy, utrzymują lokal, którego nazwa jednoznacznie kojarzy się z tak niepopularnym dziś politykiem. Politykiem III RP.
|
|
"Ars Vivendi": Prawdziwa sztuka życia
Jak to mówią, każdy ma prawo do miłości i dobrej zabawy. Z takiego założenia wychodzi pewnie część klienteli sobotnich imprez w restauracji i klubie zarazem Ars Vivendi. Zanim jednak zdradzimy pikantne szczegóły, musimy zacząć od początku.
|
|
"Dekadencja": Prawie jak w domu
Stoisz przy barze i samemu przyrządzasz sobie drinka. Prosisz o wódkę z sokiem z limonek, ale barmankę bolą paluszki i ostatnie, na co ma ochotę to wyciskanie cytrusów. Więc wyciskasz sam, potem bierzesz w dłonie shaker i energicznie potrząsasz. Musisz trząść długo, żeby rozpuścił się cukier. A potem bierzesz do ręki szklankę, siadasz na stylowej kanapie i upajasz się smakiem. Dekadenckie prawda?
|
|
"Velvet": Szachy przy piwie
Jak to jest, kiedy popija się piwo marki Bizon, a jednocześnie zastanawia się, czy lepiej zrobić ruch hetmanem albo wieżą? Przyznajemy, że nie wiemy. Jednak każdy, kto chciałby to sprawdzić, może śmiało wybrać się do pubu Velvet.
|
|
"Grzesznicy w niebie": Witamy w piekle
Dla przeciętnego katowiczanina próba dostania się do tego klubu skończy się na pocałowaniu klamki. Jeśli nie posiadasz karty klubowej/rezerwacji (a może magicznego klucza), panowie ochroniarze o słusznej budowie ciała polecą ci wizytę w innym lokalu.
|
|
"Bierhalle": Według prawa czystości
W 1516 roku papież Leon X ustanowił odpusty, hiszpański żeglarz Juan Diaz de Solis odkrył ujście rzeki La Plata, zmarł Władysław II Jagiellończyk (syn Kazimierza), a urodziła Maria I Tudor, królowa Anglii. W tymże roku został również wydany edykt Reinheitsgebot, zwany „Prawem czystości”. Zgodnie z nim do produkcji piwa trzeba było używać wyłącznie czterech surowców: wody, słodu, chmielu i drożdży.
|
|
"City Rock Pub": Kelnerki są bezwzględne
Nie wiadomo, kiedy w Katowicach doczekamy się słynnej Hard Rock Cafe. Na razie sieć brytyjskich restauracji nie zawitała jeszcze do Polski, choć swoje ośrodki ma już między innymi w Malezji, Bahrajnie i większości krajów Europy. W stolicy Górnego Śląska musimy więc zadowolić się lokalem, która udaje HR Cafe. Nazywa się podobnie – City Rock Pub. Zresztą podobnie wygląda też jego logo.
|
|
"Bizancjum": Lekarstwo na wegetariaństwo
Ciotka jednego z nas powiadała kiedyś, że "wegetariaństwo to taka choroba, bo jak można mięsa nie jeść". A z chorobami tak bywa, że przeważnie znajduje się na nie lekarstwa. Może właśnie dlatego za ścianą znanego w Katowicach lokalu z jarskim jadłem powstał niedawno bar z najprawdziwszym mięsnym kebabem. Teraz para, w której mąż jest mięsożercą, a żona lubi warzywka nie będzie miała dylematu, gdzie zjeść kolację. On pójdzie bowiem na kebab, a ona na wegetariańską ucztę.
|
|
"Longman": Randki i interesy
„Mimo niezbyt atrakcyjnego otoczenia, miejsce to upodobali sobie ludzie związani z szeroko pojętym rynkiem mediów – dziennikarze, pracownicy agencji reklamowych. Dlatego czasami są tutaj kłopoty ze znalezieniem wolnego miejsca po godz. 19”. Taką charakterystykę pubu Longman znaleźliśmy na jednej ze stron internetowych. Postanowiliśmy rozebrać ją na czynniki pierwsze.
|
|
"Twister": Tańczące kręgle
Widzieliście „Od zmierzchu do świtu”? Tam pewien karzeł zachwalał lokal dla kierowców ciężarówek o nazwie „Titty Twister”. W środku na stołach tańczyły półnagie kobiety, klienci nie stronili od przemocy, zaś po zachodzie słońca większość towarzystwa zamieniało się w krwiożercze wampiry. W „Twisterze” na katowickim Tysiącleciu roznegliżowane panie pojawiały się tylko na wyświetlanych teledyskach, przemocy można było użyć jedynie w stosunku do kręgli, zaś o wampirach nic nie słyszeliśmy. Na wszelki wypadek o zmierzchu w tym lokalu nas już nie było.
|
|
"Źródło": Czarny kot za drzwiami
Trzy razy splunąć przez ramię – jeśli nas pamięć nie myli, właśnie tak trzeba się zachować, kiedy drogę przebiegnie nam czarny kot. Oczywiście tylko wtedy, kiedy ktoś jest przesądny. Co to ma wspólnego z klubem muzycznym? Zanim nie poszliśmy do Źródła, myśleliśmy, że nic. Byliśmy jednak w błędzie.
|
|
"Archibar": Szampan u inżynierów
Nie pękaj koleś, nie łam się przecie/ To o nas wczoraj stało w gazecie/ Pisała sama „Trybuna Ludu”/ Że nas ogarnia romantyzm budów/ W takim pisaniu nie ma usterek/ Postaw literek, niech brzękną szkła/ Przed nami naród odkrywa głowy/ Inżynierowie z Petrobudowy – pamiętacie tę słynną piosenkę Kazika z płyty z piosenkami jego ojca? Od daty powstania tego utworu minęły wieki, wielka płyta odeszła do lamusa, ale u inżynierów ponoć nadal brzękają szkła.
|
|
"Kyoto Sushi": Niech żyje Japonia!
Japonia to kraj ponad dwustu wulkanów, kilku tysięcy wysp i wysepek, wielkich miast, gnającej do przodu cywilizacji oraz niezwykłej kultury. Japonia dała światu origami, harakiri, szybkie motocykle, niezawodne samochody, judo, sumo i Bruce’a Lee. Dzięki niej zasmakowaliśmy też sushi i sake. Dwa ostatnie z wymienionych dziedzictw narodowych Kraju Kwitnącej Wiśni znajdziemy w restauracji Kyoto Sushi mieszczącej się na pierwszym piętrze Altusa.
|
|
"McDonald's": Restauracja tylko z nazwy
Restauracja inna niż wszystkie - gdzieś słyszeliśmy taki slogan reklamujący McDonald's. I rzeczywiście, a to restauracja jakich mało - potrawy i napoje podają tu w papierowych opakowaniach, przed kasą stoi się nierzadko w kolejce jak do jadłodajni, a obsłudze nie trzeba płacić napiwków.
|
|
"Chata": Tylko pierogi i frytki
Jak się poczujesz, kiedy wchodząc do lokalu zobaczysz człowieka bez nogi? Jeśli chcesz się przekonać, powinieneś pójść do Chaty. Żądnych wrażeń od razu rozczarujemy: nie chodzi o żywego człowieka, ale o manekina oklejonego gazetami albo wykonanego z papieru w całości. W lokalu stoją takie dwa, a jednemu oderwała się noga (podobnie jak kiedyś oczko, temu misiu).
|
|
"Bob": Piwo albo piwo
Bob to imię męskie. Właściwie zdrobnienie od Roberta, ale obowiązujące tylko w krajach anglojęzycznych. U nas poufale do Roberta można bowiem co najwyżej zagaić per „Robercik”. U nas Bob kojarzy się raczej z „zadaniem komuś bobu”, choć nietrudno również przywołać na myśl słynne osoby, które noszą lub nosiły to zdrobnione imię.
|
|
 |
 |
 |
|