Wybierz region

Wybierz miasto

    Tomek z ulicy Jordana

    Autor: GRAŻYNA KUŹNIK

    2002-06-07, Aktualizacja: 2004-12-18 00:36 źródło: Dziennik Zachodni

    Pokój w skromnej kamienicy w Katowicach bywał Australią, Kenią, Brazylią, Indiami, Tybetem, Syberią, Nową Gwineą. Pełen masek, totemów i książek, z rzeźbioną biblioteczką i starym biurkiem - musiał zastąpić Alfredowi ...

    Pokój w skromnej kamienicy w Katowicach bywał Australią, Kenią, Brazylią, Indiami, Tybetem, Syberią, Nową Gwineą. Pełen masek, totemów i książek, z rzeźbioną biblioteczką i starym biurkiem - musiał zastąpić Alfredowi Szklarskiemu cały świat. Pisarz wszystkie swoje książki o przygodach Tomka Wilmowskiego napisał właśnie w tym mieszkaniu.

    Autor najsławniejszego w Polsce cyklu powieści przygodowych dla młodzieży unikał podróży. Kiedyś wyjątkowo pojechał do Egiptu i tam o mało nie został otruty. Stwierdził wtedy, że groźne przygody woli jednak opisywać niż przeżywać. Zatrute daktyle trafiły potem do powieści "Tomek w grobowcach faraonów", ale pisarz nigdzie się już nie wybrał.

    - Mężowi bardzo zależało, żeby zwiedzić wiekowy cmentarz muzułmański - wspomina tamto wydarzenie Krystyna Szklarska, wdowa po pisarzu. - Niewiernym nie wolno tego robić. Pilnujący grobów Arab długo odmawiał, w końcu wyraził zgodę, ale przy wyjściu poczęstował go zatrutymi daktylami. Kiedy Alfred dotarł do lekarza z pianą na ustach i bólami brzucha, usłyszał, że był bardzo blisko śmierci.

    Katowicka kamienica przy ulicy Jordana 7 była ostatnią przystanią Alfreda Szklarskiego. Niechętnie stąd wyjeżdżał, może dlatego, że kilka razy los zmuszał go do opuszczenia domu.

    Urodził się w 1912 roku w Chicago. Do końca życia zachował obywatelstwo amerykańskie. Jego obdarzony awanturniczą żyłką ojciec Andrzej Szklarski szukał szczęścia za Atlantykiem, bo w Polsce groziło mu aresztowanie za działalność w bojówkach Polskiej Partii Socjalistycznej. Uciekł przed carską ochraną do Ameryki w 1908 roku.

    - Za dziadkiem wyjechała Maria, nasza babcia. Wzięli ślub, mieli dwoje dzieci, Alfreda i Klarę. Ale Maria fatalnie czuła się w Ameryce. Kiedy tylko mogła, przyjeżdżała do kraju, bardzo tęskniła. W końcu została tu na stałe, a razem z nią nastoletnie dzieci - opowiada pani Bożena, córka pisarza

    16-letni Alfred nie był początkowo zachwycony Polską. Wkrótce przekonał się na własnej skórze, co to znaczy bieda. Po śmierci matki musiał sam zdobywać pieniądze na życie i naukę. Dostał się na elitarny Wydział Konsularno-Dyplomatyczny Akademii Nauk Politycznych w Warszawie. Zarabiał pisząc kolegom wypracowania i prace dyplomowe, czasem drukował opowiadania. Te ciężkie lata przypłacił chorobą płuc, która męczyła go do końca życia.

    - Dziadek nie wrócił z Ameryki. Pracował w Chicago w swoim zawodzie, założył tam drugą rodzinę. Mimo rozstania z synem zachował jednak z nim ciepłą więź. Dziadek odwiedzał Polskę, ja dostawałam piękne paczki. Pamiętam dziadka, był bardzo dystyngowanym panem. Tato sportretował go jako ojca Tomka Wilmowskiego - dodaje pani Bożena.

    Szklarski nie chciał opuszczać kraju. Uznał, że jego ojczyzną jest Polska. Nie wyjechał nawet podczas wojny, chociaż amerykański paszport dawał mu taką szansę. Ale nie mógłby zabrać żony.

    - Tato czasem wzdychał, że przy takich nakładach jego książek w Ameryce byłby milionerem, a tutaj ma ciasne mieszkanie i wartburga, ale to było tylko gderanie - wspomina córka. - Chciał być w Polsce. Przecież nie licząc nieszczęsnego Egiptu nie ruszał się stąd dalej niż do Ustronia.

    Tajemnicze eksponaty z całego świata, które zdobią pokój pisarza, przywoziła mu w prezencie żona. To ona uwielbia podróże. Krystyna Szklarska wciąż jest czarującą panią. Alfred zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia, gdy była smukłą blondynką, panienką z dobrego domu, studentką pierwszego roku tego samego wydziału.

    - Poznaliśmy się na uczelni, ale ja dopiero zaczynałam studia o kierunku administracyjnym - opowiada wdowa po pisarzu. - Nie była to z mojej strony nagła miłość. Prawdę mówiąc, najpierw Fredek wcale mi się nie podobał. Średniego wzrostu, z zabawnym wąsikiem. Był jednak interesujący, elegancki. Dobrze się ubierał. Pamiętam go w ubraniu o barwie terakoty... Przy nim nigdy już nie pomyślałam poważnie o innym mężczyźnie.

    Gdy wybuchła wojna, Alfred właśnie skończył studia i rozpoczął pracę. Zdążył odebrać pierwszą wypłatę - 250 złotych. Wynajął mieszkanie, zamówił w Zakopanem modne meble. Przyjechały tylko dwie ławy, o reszcie słuch zaginął.

    Młodzi pośpiesznie wzięli ślub w kościele, biorąc na świadka kościelnego i jakiegoś nieznajomego przechodnia.

    - Pobraliśmy się w dniu, kiedy do Warszawy wkraczali Niemcy. Kościół był pusty, ludzie w szoku. Baliśmy się, że wojna nas rozdzieli - wspomina pani Krystyna. - Nie mamy zdjęcia, nie miałam białej sukienki, ale ten gorączkowy ślub przyniósł nam szczęście. Przeżyliśmy razem ponad pół wieku.

    Niedawno pewna gazeta podała, że Alfred Szklarski podczas wojny umieszczał swoje opowiadania w okupacyjnych gadzinówkach. Rodzina mocno to przeżyła.

    - Ojciec należał do AK, walczył w Powstaniu Warszawskim. Jego dowódcy wiedzieli, że miał łatwość pisania. Dostał rozkaz, żeby zbadać środowisko takich gazetek i musiał tam drukować - tłumaczy córka Bożena. - Na ,Tomkach" pokolenia młodzieży uczyły się później patriotyzmu, mój dziadek za działalność niepodległościową zagrożony był zesłaniem. Ojciec był żołnierzem AK i musiał wykonywać zadania.

    W latach 1949-1953 Alfred Szklarski siedział w więzieniu. W tym okresie nie skazywano za współpracę z gadzinówkami, bo takie wyroki zapadały zaraz po wojnie, lecz za przynależność do AK. Szklarskiemu doliczono jeszcze udział w Powstaniu Warszawskim, przedwojenne studia dyplomatyczne, amerykański paszport. Odsiedział pięć lat.
    - Uciekałam z powstania z trzymiesięcznym niemowlakiem, tak jak inni mieszkańcy stolicy. Byłam w obozach, w tym w Pruszkowie. Właściciel niemieckiego folwarku zabrał mnie z dzieckiem do pracy, jako kucharkę. Tam odnalazł mnie później mąż - opowiada pani Krystyna.

    Po wojnie nie mieli dokąd wracać. Zatrzymali się w Krakowie, ale w zatłoczonym mieście trudno było o mieszkanie. Postanowili osiąść w Katowicach, gdzie była praca i szansa na stabilizację. W bliskim Bytomiu mieszkała już rodzina pani Krystyny. Szklarscy przyjechali na Śląsk jednym z pierwszych transportów.

    - Mieszkanie na Jordana nie było duże, trzypokojowe. Tu nadal mieszka mama, nie dorobili się innego. Zawsze było u nas gwarno, hałasowaliśmy ja z bratem i nasi koledzy, przychodzili też goście, znajomi. Ojciec pisał w domu, potrzebował spokoju, ale o ciszę było trudno. Dlatego pisał w nocy. Do rana stukał na maszynie. A przecież musiał wcześnie wstać, cały czas pracował w wydawnictwie ,Śląsk" - dodaje córka Bożena.

    Pierwszy "Tomek" nosił tytuł "Tomek w tarapatach" i nie był początkiem cyklu o warszawskim gimnazjaliście z początków XX wieku, który razem z ojcem trudnił się chwytaniem zwierząt dla europejskich ogrodów zoologicznych, czyli o Tomku Wilmowskim. Była to historia młodego polonusa, który wracając do kraju, uchodzi z życiem z katastrofy samolotowej. Książka odniosła ogromny sukces. Wtedy pisarz postanowił zająć się literaturą dla młodzieży.

    - Jeszcze w Ameryce ojciec miał bliskiego przyjaciela, Tomka Brandysa. Potem ich drogi się rozeszły, ale ojciec nigdy go nie zapomniał. Opisał go jako Tomka Wilmowskiego - wyjaśnia pani Bożena.

    Bosman Tadeusz Nowicki nosił cechy dwóch prawdziwych postaci, kuzynów Szklarskiego, marynarzy.

    - Byli rośli, mocno zbudowani, bezpośredni. Ojciec był do nich bardzo przywiązany; w czasie wojny obydwaj zaginęli bez wieści - dodaje pani Bożena.

    "Tomek w krainie kangurów" ukazał się w 1957 roku. Zdobywał czytelników powoli. Dopiero zmiana okładki i grafiki sprawiła, że narodził się bestseller.

    - Książki tego cyklu zilustrował na nowo Józef Marek. To był strzał w dziesiątkę. Ojciec dawał wskazówki co do szczegółów rysunków, a grafik świetnie się z tego wywiązywał - mówi córka pisarza.

    Alfred Szklarski otaczał się mnóstwem książek i materiałów naukowych. Bardzo wiele wydawnictw przysyłał mu ojciec z Ameryki. Każdą informację sprawdzał w kilku źródłach. I mimo że autor nie wyjeżdżał do opisywanych krain, przyrodę i pejzaże opisywał bardzo realistycznie.

    - To była katorżnicza praca - podkreśla Krystyna Szklarska. - Miał bardzo bogatą wyobraźnię. Czasem opowiadałam mu o tym, co widziałam podczas moich podróży, ale chyba nie wykorzystywał tych opowieści.

    Jednak dzięki pomocy żony powstała ostatnia trylogia Szklarskiego "Złoto Gór Czarnych". Zawsze też cenił sobie egzotyczne prezenty, na które patrzył przy pisaniu.

    Prawie co rok wychodziły kolejne tomy powieści. Osiągały ogromne nakłady i natychmiast znikały z półek.

    - Sytuacja była o tyle trudna, że ojciec wydawał swoje książki w wydawnictwie, którego był sekretarzem. Ale był to zawsze bestseller, który firmie przynosił dochody, poza tym ojciec wyznaczał sobie niskie stawki za książkę. Nie należał do partii, nie był dyspozycyjny. Majątku na "Tomkach" nie zrobił, do końca jeździł wartburgiem, a mnie, chociaż go błagałam, nigdy nie załatwił mieszkania - przyznaje z uśmiechem córka pisarza.

    Ostatnią książką, do której pisarz się zabrał, był "Tomek w grobowcach faraonów". Nie zdążył jej ukończyć, zmarł w 1992 roku. Zakończenie dopisał ksiądz Adam Zelga. Nadal zgłasza się mnóstwo ludzi, którzy chcieliby pisać za Szklarskiego. Miał jeszcze powstać "Tomek na Alasce".

    - Cudze pióro to jednak inny styl, inny klimat - uważa rodzina. - Uznaliśmy, że dalszy ciąg "Tomków" bez ojca nie ma sensu. Tomek Wilmowski nie byłby już tą postacią, którą pokochali czytelnicy. Niech autorzy próbują stworzyć własnego bohatera.

    Sonda

    Czy uważasz, że właściciele i administratorzy budynków, ktorzy nie odśnieżaja chodników wzdłuż swoich posesji powinni płacić wysokie kary?

    • Zdecydowanie tak (69%)
    • Nie, chodniki to nie ich problem (23%)
    • Nie mam na ten temat zdania (7%)